Fake tales of San Francisco

Fake

Drzwi starego baru otworzyły się. Wpuściły przy tej okazji gromadę wirującego śniegu topiącego się zanim upadł na podłogę. Wraz ze śniegiem gnało zimno, które każdy wewnątrz tego pieprzonego pomieszczenia najwyraźniej żywnie nienawidził, bo wszyscy jak jeden mąż wlepili we mnie swe gały. Na schodach w środku zatrzymałem się by obejrzeć miejsce. Było dość ciemno, parę lamp wydawało się być postawionymi jakby jedynie dla ozdoby, chociaż nie przeszkadzało mi to w zobaczeniu twarzy pełnych nienawiści o akt wietrznego wandalizmu, krzyczały do mnie niemo „Zamknij te drzwi idioto.”. Knajpa wielka nie była, więc potrafiłem to zrozumieć. Chwiejnym krokiem zszedłem po schodach. Zastanawiałem się tylko ile łazęg zginęło przez śliskie wycieraczki. Mój sokoli wzrok dostrzegł też, że wszystkie stoliki są zajęte, a twarze nie są ani znajome, ani pozytywne, jeśli to istotne. Kolejne miasto, kolejny bar, kolejny barman, ta myśl przewijała mi się za każdym razem gdy odwiedzałem nowe miasto. Zatrzymałem się przy ladzie i poprosiłem o szklankę whisky. W takich miejscach czuję się dobrze, od dawna nie zostawałem nigdzie na długo a takie tematy w głowie nieuchronnie prowadziły mnie do powrotu w przeszłość. Popadłem w przemyślenia o domu, który od lat mnie nie widział. Mam sentyment do tamtego miejsca. Gdy go opuszczałem nie doceniałem ciepła i bezpieczeństwa które dawał, kochałem te skrzypiące podłogi w dużym pokoju i kuchni, ale…

Barman podał szklankę pełną znienawidzonego przez moją wątrobę płynu o nazwie Black Label. Czuje się jak gwiazdy mojego dzieciństwa, typy spod ciemnej gwiazdy, siedzące przy barze. Światło raziło mnie prosto w oczy, odwróciłem wzrok i ujrzałem w rogu parę. Gość wyglądał na niezbyt rozgarniętego – włosy na żelu, hawajska koszula i twarz jakby zaczął wchodzić w okres dojrzewania. Ona natomiast, niezbyt zainteresowana jego zalotami ciągle na mnie spoglądała. Chociaż jej twarz pokrywały kręcone, rude włosy, widziałem na jej pięknych ciemnoczerwonych ustach uśmiech. Oczy wodziły za moimi, szukając kontaktu – wołając o pomoc, ratunek od zanudzenia na śmierć. Za dużo miałem takich sytuacji by tego wieczora się podjąć temu bezsensownemu pędowi za kobietą piękną, ale jedno-nocną. Zaczęło mi się robić żal faceta starającego się tak usilnie zdobyć tamtą dziewczynę. Musiał widzieć co ona robi, jak bardzo nim gardzi, przez głowę przeszyła mi jedynie myśl „ludzie nie mają jaj.”.

Nie wiem ile wypiłem, nie wiem ile czasu na to straciłem. Patrząc jak barman nalewa piwo do kufla przypomniałem sobie, że jestem człowiekiem. Wstałem w kierunku toalety, kątem oka widząc, że parka dalej siedzi w ciemnym kącie. Smród w ubikacji był znośny, a swoje umiejętności strzeleckie oceniałem dość wysoko – miałem przyzwolenie by pić dalej.  Zanim zdążyłem otworzyć drzwi do baru, weszła do środka rudowłosa dziewczyna rzucając mi się na szyję. Pocałowała w usta, czemu nie byłem dłużny. Nie minęło 5 sekund a przed nami pojawił się ten cholerny fagas z żelem z włosami na głowie, nie zdziwiłbym się gdyby się okazało, że ma plakat jakiegoś boys bandu na ścianie. Zdziwił mnie natomiast jego prawy sierpowy.  Przed upadkiem uratowała mnie umywalka.

– Ludzie jednak mają jaja. – pomyślałem.

Dziewczyna w tym czasie wybiegła z kibla, w sumie nie liczyłem, że się dołączy, ale na doping bym się nie pogniewał. Bez publiki, opuszczony w swojej walce, rzuciłem się na niego i przewróciłem na płytki, parę ciosów siadło zanim przybiegli ludzie z wewnątrz. Rozdzielili nas, nikt nie dzwonił na policję, gość coś jeszcze do mnie krzyczał, a ja na odchodne zabrałem ze sobą butelkę whisky.

Przestał padać śnieg, ale dalej było zimno. Księżyc raz na jakiś czas jeszcze pokazywał się zza chmur. Cholera, nienawidzę chmur. To uczucie bierze się z zamiłowania do gwiazd, które były nieopacznie ukryte tamtej nocy. Świeciły na górze już tysiące lat przed nami, a odkąd jesteśmy, wskazują drogę podróżnym, a strapionym pomagają myśleć. Czułem się zobowiązany je czcić, skoro byłem w bezustannej podróży, zamyślony, zadumany i „zaszukany”. Wróciłem do hotelu. Rozsiadłem się w fotelu, wziąłem do ręki butelkę alkoholu i zacząłem obmyślać swój plan.

Kto by zauważył moją śmierć? – to pytanie padło ze sto razy w ciągu tamtej nocy, jak i nocy poprzednich.

Nie chciałem się zabijać. Bałem się, że po śmierci byłbym jeszcze bardziej samotny niż za życia. Kobiety mnie otaczały, nie mogłem narzekać na ich brak zainteresowania. Brakowało mi dużo do samobójstwa z miłości. Nie miałem jednak na ziemi nikogo podobnego do mnie. Za młodu odkryłem, że swoje problemy mogę przelewać jedynie na kartki papieru, bo inni nie są tego warci.

Siedząc tak w tym starym, beżowym i cholernie niewygodnym fotelu doszedłem do wniosku, że tak nie może wyglądać moje życie. Zrobiłem zbyt dużo głupich rzeczy, by i umrzeć głupio, bez uczucia zrobienia czegoś. Uznałem, że muszę sobie zasłużyć na śmierć, położyłem laptopa na kolanach i zacząłem pisać.

Obudziło mnie walenie do drzwi. W samych bokserkach podniosłem się z łóżka i chwiejnym krokiem udałem się do wizjera. Potknięcie o butelkę, och ironio Walkera, było nieuniknione.

– Już idę, idę. No kurwa idę.– powiedziałem bez większych emocji.

Uchyliłem drzwi i zobaczyłem Jessiego. Był to przede wszystkim mój przyjaciel, dopiero później agent, z resztą – nadal nim jest. Krótkie włosy sprawiały wrażenie niemalże łysiny, przez co zwany był w niektórych kręgach chodzącym penisem, te kręgi zawężały się jedynie do mojej osoby.

– Ucieszysz się stary, mam dla Ciebie prac… Co jest z twoją twarzą?

– Nie pytaj.

– Nie pytam. – odpowiedział

Podniosłem jakąś koszulę w kratę z ziemi i na siebie ubrałem. Za ścianą było słychać dźwięk dzikiej orgii jaką urządzał sąsiad. Było ją cholera słychać teraz i o 4 nad ranem, zmienił się tylko podkład muzyczny. Najpierw spokojne, harmonijne tony dubstepu przerodziły się w ostry metal o…

– Która godzina? – krzyknąłem z kuchni

– 12 z kawałkiem – zażenowany ton głosu Konrada dał mi do zrozumienia, że tak samo jak ja nie chce dłużej słuchać sapania faceta spod czternastki.

O 12 z kawałkiem leciał metal, chociaż to raczej nie grało dla nas żadnej roli. Nie minęło 5 minut a my szliśmy ulicą do samochodu kochanego agenta.

– Grasz dzisiaj koncert na szybko. Płacą dużo, bo Cię znają, a ja walczyłem jak cholerny lew o każdy cent, więc doceń. – odezwał się dumny jak paw

– Doceniam. – kac nadawał grymasowi na mojej twarzy wyraz „nie doceniam”

Wsiedliśmy do jego bmw i pojechaliśmy do „Druku”, tam miałem grać. Po drodze powiedziałem mu o tym, że wracam powoli do pisania. Szczęście kierującego penisa było nie do opisania.

Dotarliśmy na miejsce. Poznałem właścicieli, obsługę i lokal. „Super” pomyślałem i poszedłem odcedzić kartofle. Wychodząc z WC usłyszałem delikatny wokal, ledwie muskający bębenki moich uszu. Na scenie pojawiła się artystka, najwyraźniej znana, albowiem wszyscy wokół niej skakali, brakowało im tylko winogron a jej wieńca z liści laurowych na głowie. Ja natomiast, jak zwykle zwarty i gotowy do pracy, stałem jak głupi zauroczony jej głosem. Podszedłem bliżej przy okazji podnosząc moją gitarę z podłogi. Oparłem się o wzmacniacz i podziwiałem jak dźwięki przedzierają się przez gąszcz rudych włosów maskujących jej usta.

– Te, co tak stoisz, bierz ten głośnik! – wrzasnął najwyraźniej szef sprzętowców

Nie odwracając wzroku od wokalistki powiedziałem:

– Widzisz, żebym dla ciebie pracował baranie?

Nie zareagował na to zbyt pobłażliwie, zaczął narzekać z jakimi to on ludźmi to on nie ma do czynienia i zaczął wyrywać mi gitarę z rąk. Cała sytuacja zwróciła uwagę dziewczyny. Odwróciła powoli twarz w naszą stronę. Ujrzałem kobietę poznaną minionego wieczoru. Jej uśmiech przypomniał mi o odbitej pięści na twarzy. Mówiła coś o sobie, ale jedyna rzecz, która zapadła mi w pamięć to jej imię, Josie. Nie umknęło mej uwadze też, że ma pieprzyka pod ustami i piękne brwi. Nie przypominała mi moich wyobrażeń na temat dziewczyn rozpieszczanych przez los… Nie mogliśmy jednak porozmawiać dłużej bo jej pan i władca, inaczej menadżer, zapiął ją w pasy i zmusił do orania pola. Ucieszył mnie fakt, że jednak umówiliśmy się, że spotkamy się po koncercie i gdzieś razem skoczymy.

20:13, wychodzę na scenę spóźniony. Pojedyncze gwizdy pokwitowałem stwierdzeniem:
– Każdy wie gdzie są drzwi.

Sala ucichła a ja zacząłem grać. Bycie solowym artystą jest łatwe jeśli się gra bluesa. Czasy mojego rockowego życia minęły wraz z upadkiem dwuosobowego zespołu. Złączyła nas miłość do muzyki, ironio podzieliła sama miłość.

– Nadal nie mogę zapomnieć o Camile, nawet w trakcie pieprzonego występu. – pomyślałem stojąc jak debil przed mikrofonem i słysząc jakby na sali grał świerszcz, a ludzie umarli z nudów.

Pocieszałem się jedynie faktem, że to i tak nie są ludzie do których chciałem kiedykolwiek trafić swą muzyką. Niemniej dobrze, że zaraz po mnie na scenę wyszła Josie inaczej pewnie moje falki znalazłyby się w całym klubie. Tłum żądał ofiary, dostał niby-dziewicę i był zadowolony.

W trakcie jej występu rozmawiałem z Jessiem i nie popijałem nic innego jak Walkera. Ból głowy zaczął przechodzić, emocje ucichły i pogrążyłem się w widoku rudowłosej utalentowanej artystki tak zmarnowanej, że byłem bliski płaczu. Chociaż może ponieważ chęć podejścia do jej menadżera i przyjebania mu łopatą w głowę chyba nie znaczy tego samego co wylanie potoku łez.

23:40 jesteśmy wolni. Wyjrzałem za okno i dostrzegłem śmierć kopiącą sobie grób, żeby schować się przed wiatrem i śniegiem. Wizja pałętania się po mieście bez celu mnie dobijała, ale wystarczyło już tego siedzenia w pubie, chciałem tylko spotkać się z wygodną poduszką. Rozmowa się kleiła, ale zmęczenie dawało się we znaki, z nieukrywanym uśmiechem na twarzy dziewczyna spojrzała na mnie i zapytała:
– Mam ciepło w mieszkaniu i dużo alkoholu, przekonany?

– Ja też mam.

– Jest niedaleko.

– Moje też.

– Mam wygodne łóżko.

– Prowadź.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s